Regularna detoksykacja i inne holistyczne sposoby na zdrowie są tak skuteczne, że praktycznie nie choruję. Jednak tym razem dopadło i mnie. Opiszę ten stan, bo dla wielu z Was może on być punktem odniesienia do własnych niedyspozycji.

Właśnie – niedyspozycja. Nie dysponuję dziś sobą. Nie czuję głodu, nie mam sił, boli mnie ćwiartka głowy, leżę. Ciało informuje mnie, że mam się wyłączyć. Nie czytać, nie pisać, nie słuchać, przełożyć spotkania i odwołać wszystkie inne plany na dziś. A więc posłusznie śpię cały dzień i całą noc, piję dwa razy więcej niż zwykle, nawet w nocy, i pozwalam mu działać. A ciało wykonuje swoją pracę – lekko podnosi temperaturę, wytwarza wydzieliny i cała jego energia skierowana jest na ten jeden cel – w pełni i skutecznie wyzdrowieć. Po wypoceniu się biorę prysznic i zmieniam całe ubranie. To ważne, żeby w pełni uwolnić się od substancji, które zostały wydzielone na zewnątrz. Czy teraz już mogę wrócić do siebie? Czuję, że to nie moment, aby nawet wyobrażać sobie jakiekolwiek działanie.

W międzyczasie myślę, choć nie zapuszczam się w myśleniu zbyt daleko. Składam elementy układanki. Kilka dni wcześniej masaż shiatsu pobudzający meridian nerek, cudowne pełne emocji spotkanie z przyjaciółmi i trochę stresu w relacji z nastolatkami w domu. To wszystko stanowi dla mnie wystarczające wyjaśnienie, co się ze mną dzieje. Spokój i cierpliwość – to najważniejsze, w co mogę się teraz wyposażyć. Polegam na mądrości i sile mojego ciała. Wiem, że pobudzenie energii organizmu – czy to poprzez aktywizację meridianów za pomocą shiatsu, czy preparatami Joalis stosowanymi w kierowanej detoksykacji, czy innymi holistycznym metodami podtrzymywania zdrowia – może się wiązać z wejściem organizmu w stan, który opisałam. Zawsze sygnalizuję to moim klientom, aby potrafili połączyć kilkudniowe osłabienie z początkiem detoksykacji.

Następnego dnia już nie śpię, mogę pisać i czytać, dzieci nadal jedzą samodzielnie ugotowany ryż, a ja myślę, że to może da im szansę zauważyć różnicę. Czuję, że przybywa mi sił, temperatura w normie, a zużycie chusteczek do nosa spadło do 1/10 wartości wczorajszej. Już nie muszę zmieniać ubrania, ale spotkania nadal przełożone na kolejne dni. Zaczynam popracowywać zdalnie, ale jeszcze na ćwierć gwizdka. No i nie jestem tancerką, ogrodniczką, a sam ryż (nawet nieposolony, ale od serca) to wystarczający obiad. Wprawdzie nie dotyczy mnie żadne L4, ale prowadząc własną działalność także trzeba mieć opcję „zwalniam”: zwalniam się, wyłączam się, nie ma mnie dla nikogo i dla niczego. W ten sposób mam szansę skrócić niedyspozycję do niezbędnego minimum i wrócić do pełni formy i wydajności w ciągu kilku dni. To chyba niezbyt wiele jak na incydent, który zdarza się raz na parę lat.

Tak więc widzicie, że Miarka Zdrowia też czasem choruje. Taka choroba – ostry stan intensywnej pracy odporności – regeneruje, odświeża i detoksykuje cały organizm. Jeśli macie chęć podzielić się swoim doświadczeniem chorowania, zapraszam.